Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/morum.w-talerz.ostrowwlkp.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
lczeniu oczekiwała na ciąg dalszy.

- Tak, ale... - Mark zmarszczył brwi, lecz Tammy nie zauważyła tego, zajęta huśtaniem Henry'ego na kolanach. Od rana uśmiechnął się aż dwa razy, teraz pracowała nad trzecim uśmiechem chłopca. - Zrozum, nie możesz wystą¬pić w dżinsach podczas uroczystej kolacji. Mamy taki zwy¬czaj, że codziennie...

lczeniu oczekiwała na ciąg dalszy.

- Dlaczego zmieniłaś menu?
- Pannę Ingrid może pani poznać później, nie ma pośpie¬chu - oznajmiła pani Burchett. - Teraz musi pani odpocząć. Taka długa podróż, tyle wrażeń, tyle nowych twarzy... Wy¬
- Na szczęście? - powtórzyła powątpiewająco.

- Pytasz o to, czy mam przyjaciółkę, czy mam przyja¬ciela, czy może psa?
- Możesz ją zacząć w każdej chwili. Tutaj.
Ochmistrzyni westchnęła.
czuć się taką, jaką mnie widzisz czy chciałbyś widzieć. To właśnie jest dla mnie ważne.
siedem... Nie, pomyłka! Trzydzieści siedem! Czego chcesz, nie przeszkadzaj mi! - Bankier był bardzo poirytowany.
martwi się, jak mnie będzie utrzymywał albo co pocznie, kiedy po ślubie zrobię się gruba i niechlujna, albo czy będę go kochała, jeśli całkiem wyłysieje. Tego typu rzeczy. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy sobie tego nie wymyśliłam, ale znałam go na tyle dobrze, że jestem przekonana, iż miałam rację. - Nigdy ci nie mówił, co to za zmartwienie? - Nie, ale na pewno coś go gryzło. - Coś na tyle poważnego, żeby w końcu odebrać sobie życie? - spytała łagodnie Sayre. - Nie zraniłby mnie w taki sposób - odparła Jessica z uporem. - Nie zostawiłby mnie, żebym przez resztę życia zastanawiała się, dlaczego to zrobił i jak mogłam go od tego powstrzymać. Nie obciążyłby mnie taką odpowiedzialnością i zwątpieniem w siebie samą. Nie, Sayre. Nigdy nie uwierzę, że się zastrzelił. Przyznaję jednak, że inna możliwość jest przerażająca - dodała po chwili przerwy. - Danny był taki prostoduszny. Lubili go nawet pracownicy huty, którzy nie myślą o rodzinie Hoyle'ów w superlatywach. - Niekoniecznie, Jessico. Był dyrektorem działu zatrudnienia. Zajmował się zwalnianiem i przyjmowaniem ludzi do pracy, ubezpieczeniami i wynagrodzeniem. Tego typu rzeczy mogły przysporzyć mu wrogów. - Danny musiał się stosować do ustalonych zasad Huffa i wydaje mi się, że wszyscy pracownicy fabryki byli tego świadomi. Możliwe, ale ktoś powodowany zbyt silnym uczuciem zemsty mógł nie dostrzec różnicy. - Kiedy detektyw Scott zapytał nas, czy ktoś mógł pragnąć śmierci Danny'ego, Beck Merchant... jestem pewna, że Danny ci o nim wspominał... - Wiem, kim on jest - odparła Jessica. - Wszyscy wiedzą. To szycha w fabryce. On i Chris rozumieją się jak para łotrów. - Są aż tak dobrymi przyjaciółmi? - Niemal nierozłącznymi. Sayre postanowiła przemyśleć później również i tę sprawę. Wszystko, co usłyszał Beck, trafiało zapewne bezpośrednio do uszu Chrisa. - Kiedy szeryf Harper zapytał, czy wiemy o kimś, kto mógłby nastawać na życie Danny'ego, pan Merchant odpowiedział w naszym imieniu to, co w tamtej chwili chyba wszystkim przyszło do głowy. Hoyle'owie przez lata narobili sobie wielu wrogów i jeżeli ktoś chciał się zemścić, Danny był łatwym celem, jako najcichszy i najbardziej bezbronny z nas wszystkich. Po dłuższym milczeniu Jessica odrzekła: - Zapewne tak, chociaż boli mnie myśl, że Danny stracił życie przez kogoś, kto żywił urazę do rodziny za to, czego on nie zrobił. - Zgadzam się - Sayre zawahała się przez chwilę. - Zamierzasz powiedzieć Huffowi i Chrisowi o waszych sekretnych zaręczynach? - Pod żadnym pozorem. Moi rodzice wiedzieli o tym, ponieważ Danny poprosił tatę o moją rękę. Oni i moja siostra to jedyne osoby, które znają naszą tajemnicę. Nie powiedziałam o tym w szkole. Spotykaliśmy się zawsze poza miastem. Nawet w kościele byliśmy ostrożni, nigdy nie zostawaliśmy sami, pilnowaliśmy, by przebywać w grupie. Nie widzę powodu, żeby rozgłaszać o tym teraz. Wywoła to jedynie niepotrzebne kłopoty z twoim ojcem i bratem, a szczerze mówiąc, nie mam siły ani ochoty wdawać się z nimi w jakiekolwiek awantury. Chcę myśleć o Dannym, zachować o nim cudowne wspomnienia. Nie chciałabym usłyszeć czegoś, co zbruka ich piękno. - Niestety, muszę ci przyznać rację - powiedziała Sayre. - Myślę, że to rozsądna decyzja. Nie dawaj im okazji, aby sprawili ci dodatkowy ból. Chociaż dużo tracą, nie znając cię - uścisnęła
- Tak! Czytałam list, który napisała do mnie przed czte¬rema miesiącami - rzuciła mu prosto w twarz oskarżycielskim tonem. Mark trzymał ją jak w kleszczach, mocno przy¬
- Jesteś bardzo pięknym kwiatem - mówił Motyl uwodzicielskim głosem.
Mały Książę patrzył na Różę bardziej niż wyczekująco.
z domu, by je odnaleźć, lecz niestety, bez skutku. Nie potrafię więc Wam powiedzieć, ilu kartek brakuje.

dbać o wizerunek.

289
przemówienie. Odetchnęła głęboko.
całkowicie zależna. Najczęściej zostawiał ją w spokoju, trzymając się
pociekła, ale Diaz uważał, by nie zrobić mu prawdziwej krzywdy
obecność tej paczuszki wprowadziła ich oboje w stan niezdrowego
- Niedługo. Patrzyła mu w oczy. Żałowała, że ich życie tak bardzo się skomplikowało. Że siedzą w kłamstwach po uszy. Cząstka jej cały czas go kochała i pewnie będzie go kochała do śmierci. Reagowała na niego jako mężczyznę w najbardziej pierwotny sposób. Nie mogła ufać sobie do końca. Nie miała wyboru. Musi odejść. - Muszę przemyśleć kilka spraw. - Wrócisz? - Nie starał się ukryć nadziei w głosie. Myślała, że pęknie jej serce. - Nie wiem. Mam nadzieję. Otworzyła drzwi, żeby wyjść. Dokąd? Do domu rodziców? Do obskurnego hotelu w wielkim mieście, gdzie mogłaby patrząc w sufit, zastanowić się nad swoim życiem? Do domu dawnych przyjaciół w Seattle? Do miesz-kania Selmy przy rzece? Do któregoś z domów ojca na Zachodnim Wybrzeżu? Nie miała pojęcia. Po raz drugi w życiu nie wiedziała, gdzie jest jej miejsce. Nie było go w Prosperity. Ani z Brigiem. Ani bez niego. Gdzieś w oddali zaszczekał głośno pies i rozległo się wycie syren. - Do widzenia, Brig. - Otworzyła drzwi, ale zagrodził jej drogę ramieniem. - Nie! - Odwrócił ją twarzą do siebie. - Nie odchodź, Cass. - Jego oczy przepełniało uczucie. - Raz cię już straciłem. Nie chcę, żeby znowu tak się stało. - Ale... - Kocham cię. Te słowa poniosły się echem po domu i dudniły w jej umyśle. Miłość. Jak długo czekała, żeby usłyszeć, że mu na niej zależy? Całe życie. - Nawet mnie nie znasz - wyszeptała. Jego ręce opadły bezwładnie. Walizka wypadła Cassidy z ręki i uderzyła o podłogę. - Kocham cię tak, jak nigdy nie kochałem żadnej kobiety. Zawsze cię kochałem i nigdy nie przestanę. - Z dumą podniósł głowę. - Cholera... - Przyciągnął ją do siebie i pocałował namiętnie. Nie chciał, żeby go odrzuciła. Objął i przyciągnął do siebie. Chciała zaprotestować, ale słowa uwięzły jej w gardle. Pewne, zmysłowe usta Briga miażdżyły jej wargi. Było jej dobrze przy jego napiętym ciele o ostrych kształtach i płaszczyznach, którymi do niej przywierał. Cofnął się do ściany. Ich biodra ściśle do siebie przylegały. Przez materiał dżinsów wezbrana męskość Briga naciskała niecierpliwie jej brzuch. Cassidy miała ściśnięte piersi i brakowało jej tchu. Zdjął gumkę z jej włosów. Kluczyki, które trzymała w ręce, upadły na parkiet. Objęła go. Pocałunek stał się bardziej namiętny. Odezwała się w niej kobiecość, obudziła się zmysłowa bestia, wzbudzając fale gorąca. Zawsze tak było między nimi. Gorąco. Pożądliwie. Łakomie. Jęknął, uniósł głowę i spojrzał jej głęboko w oczy. Zamglony wzrok Briga przeszywał ją do głębi duszy. - Nie opuszczaj mnie - wyszeptał szorstko, pocierając kciukiem jej brodę. - Cass, proszę, nie opuszczaj mnie nigdy. - Brig... - Nie mogła myśleć, bo znowu zaczął ją całować. Nic nie widziała, nie była w stanie oddychać i nic nie słyszała. Mogła jedynie czuć. Jęknął i oderwał od niej usta. - Do diabła, Cass. Nie mogę... Nie stracę cię znowu. Nigdy. - Zanurzył palce w jej włosach, odchylił jej głowę i pieścił ustami szyję. Zadrżała z pragnienia, gdy przez bluzkę pocałował ją między piersiami, zostawiając na materiale mokry ślad. Wygięła się. Jej ciało było spragnione. Przestała słuchać tego, co mówił rozsądek. - Zostań ze mną na zawsze. - Podniósł ją. Była wściekła na siebie za swoją słabość, ale przywarła do niego. Całowała, dotykała, badała jego ciało i wiedziała, że tym razem będzie się kochać z Brigiem. Drżącymi palcami szybko ją rozebrał i położył na łóżku, które kiedyś dzieliła z Chase’em. Całował jej piersi, pępek, uda, a ona wyginała się po więcej, krzyczała jego imię, pragnęła więcej... o wiele więcej. Palce Briga czyniły cuda na jej skórze. Wszystkie wątpliwości Cassidy rozwiały się. Zapraszała go do swojego łóżka i serca. Dobrze robisz, krzyczało jej ciało. Poddała się, wiedząc, że ta noc należy do nich, ale jak skończą się kochać, odejdzie. Zamknie drzwi i zostawi mężczyznę, który udawał jej męża. Kiedy znajdzie dość siły, otworzy je po-nownie. - Wrócę późno - oznajmił Derrick. Felicity i dziewczynki siedziały w pokoju jadalnym. Felicity z takim przejęciem czytała gazetę, że między jej perfekcyjnie wyregulowanymi brwiami utworzyła się głęboka bruzda. Linnie jak zwykle paplała z przyjaciółką przez telefon, a Angela, w czarnych butach na koturnie leżała wtulona w róg kanapy. Miała smutną minę, którą Derrick widział już wiele razy. Na przemian spoglądała na powtórkę filmu Roseanne i rzucała pełne nienawiści spojrzenia matce. Widać było, że myślami jest daleko od domu. Ostatnio nie najlepiej się układało między nią a Felicity. Ale nikomu się nie układało. Od czasu wywiadu Chase’a z Billem Laszlo, Felicity była w potwornym nastroju. - Gdzie idziesz? - spytała Angela i zmarszczyła czarne brwi, zupełnie jak jej imienniczka.
dziwnie dużo, ale płacili mu nieźle, więc nie zadawał niepotrzebnych
Sumienie nie pozwoliłoby jej zapłacić mu pieniędzmi
- Śmieszna sprawa. Ściskał go w garści tamten facet i nie chciał wypuścić, chociaż potwornie cierpiał. Musieliśmy wyrwać mu go z ręki. Niech pani zgadnie, co wtedy powiedział? - spytał Wilson. Kobieta spojrzała najpierw na jednego, potem na drugiego mężczyznę. - Co? - Chyba wyjęczał pani imię, ale to tylko domysły, bo stracił głos. Omal nie wypluł sobie płuc, ale i tak nie wydał dźwięku. Cassidy przełknęła ślinę. Jej oczy zaszły mgłą. Wilson się nie poddawał. Może Cassidy Buchanan przyparta do muru, w końcu się ugnie. - Pewnie chce panią zobaczyć... A może widział panią w tartaku tamtej nocy? Gonzales wbił w nią ciemne oczy. Oblizała nerwowo usta i odwróciła wzrok. - Już panom mówiłam, że mnie tam nie było. - Racja. Była pani sama w domu. Nie ma pani alibi. - Wilson odwrócił się do kolegi i wziął do ręki plastykową torbę. - Zdjęliście z tego odciski? Gonzales lekko skinął głową. - Zabawne. - Wilson, nie spuszczając wzroku z kobiety, wyciągnął poczerniały srebrny łańcuszek. - Wie pani, bardzo mnie ciekawi, dlaczego prawie spalonemu mężczyźnie tak zależało na tej tandecie. Cassidy nie odpowiedziała. Wilson rzucił worek na stół i zadyndał jej przed nosem medalikiem ze świętym Krzysztofem, jak hipnotyzer wahadełkiem. - Zastanawiam się, o co tu chodzi. - Dostrzegł złość w jej wielkich oczach, ale nie odezwała się. Położył sczerniały łańcuszek na stole. Cassidy Buchanan przez chwilę wpatrywała się w zwęglony metal. Zmarszczyła czoło i z trudem przełknęła ślinę. - To wszystko? Mogę już iść? Wilson nie chciał dać za wygraną. Wiedział, że ona coś ukrywa, a przecież chodziło o największą sprawę morderstwa i podpalenia, jaka trafiła im się od dziewięciu lat i była jego przepustką do tego, żeby wygryźć Floyda Doddsa. - Nie zmieni pani zdania? - Nie. - Chociaż nie ma pani alibi? - Byłam w domu. - Sama? - Tak. - Pakowała się pani? Miała pani zamiar odejść od męża. - Pracowałam na komputerze. Godzina wejścia do komputera jest zarejestrowana, może pan sprawdzić... - Że ktoś na nim pracował albo, że skończył kursy komputerowe i potrafi się dostać do bebechów maszyny, do jej pamięci i zmienić godzinę wejścia. Niech pani zrozumie, że igra pani z ogniem. - Chwycił łańcuszek i wrzucił go do plastykowej torebki. - Ale wie pani, że niezależnie od tego, co pani zrobiła, lepiej będzie się przyznać. A jeżeli pani kogoś kryje... Cholera, nie ma pani najmniejszego powodu, żeby dać się ukarać za coś, czego pani nie zrobiła. Kobieta odwróciła wzrok. - Pani nie... nie chroni swojego męża, prawda? Nie, to idiotyczne. Przecież mieliście się rozstać. - Czy jestem oskarżona? - Na jej policzkach zakwitły rumieńce. W luźnej kurtce dżinsowej wyglądała tak, jakby w ciągu doby, która minęła od pożaru, schudła dwa kilogramy. - Jeszcze nie, ale to dopiero początek. Nie uśmiechnęła się. - Wspomniałam, że chciałabym zobaczyć męża. Wilson posłał spojrzenie Gonzalesowi. - Pani McKenzie... Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu, żebym zwracał się do pani w ten sposób, bo wobec prawa nadal są państwo małżeństwem. Myślę, że to świetny pomysł. Powinna pani zobaczyć też tego drugiego faceta. Może powie mi pani, kto to jest, chociaż w tym stanie chyba nie rozpoznałaby go jego własna matka. Gonzales oparł się o drzwi. - Doddsowi się nie spodoba, że pojedziecie bez niego. - Zostaw to mnie. - Kopiesz sobie grób, chłopie. - Zadzwonię do starego Floyda. Kupisz mi ładny wieniec? - Wilson przeciągnął się na krześle. - Dodds i tak zawsze jest ze mnie niezadowolony. Gonzales próbował powstrzymać T. Johna. - Lekarze kategorycznie zabronili przeszkadzać pacjentom.
przejąć kontrolę, ale Diaz był zbyt silny i trzymał ją, dopóki sam nie
W związku z tym uznała, że trzeba zadzwonić do gabinetu Susanny i
wiedząc, co robić i mówić. Tymczasem on puścił jej podbródek i
- Przekraczać granicę w zakrwawionych ciuchach? Nie sądzę.
Na początku chodził za nią podczas spacerów, ostatnio zaprzestał
Kobieta skrzywiła się wyraźnie, na jej twarzy pojawił się ból i

©2019 morum.w-talerz.ostrowwlkp.pl - Split Template by One Page Love